Kancelaria premiera ogłosiła przetarg na naukę języków. Dla premiera przewidziano aż 400 godzin nauki, dla ministrów w sumie 490 (ok. 50 godzin na osobę), a dla dyrektorów – 1050 [i.k., rzeczpospolita.pl, 27 XII 2011 r.]. Żeby było śmiesznie uzasadnia się to pełnieniem polskiej prezydencji...
To czemuż teraz, na zakończenie? Żeby powiedzieć gudbaj?
Wieść gminna od razu podpowiedziała, że Tusk szykuje się na ważne stanowisko unijne. Chciałby, podobno, być szefem wszystkich komisarzy. Komunikat o nauce języków zdaje się rzecz potwierdzać. Gdyby chciał być prezydentem Rosji, to zamawialiby rosyjski.
Na miejscu Tuska bym się zastanowił. 400 godzin pracy dla człowieka jego pokroju to musi być spory szok. A jak nie zostanie szefem wszystkich szefów?
I tu dla ostrzeżenia przypomnę anegdotę o Himilsbachu. Ponoć dostał propozycję pracy na zachodzie i warunkiem koniecznym była znajomość języka angielskiego. Musiałby się nauczyć. Odmówił. Pytany o powód odpowiedział:
Ja się nauczę angielskiego, a oni odwołają produkcję filmu. I co wtedy? Zostanę jak ch... z tym angielskim...

0 komentarze:
Prześlij komentarz